taa. wszechswiat jest zajebisty. ogolnie. duzo sie zmienilo, duzo sie zmienia, caly czas mam coraz bardziej dosyc, a z drugiej strony chce wiecej. WIECEJ. taa, ale wez i znajdz wiecej. to nie takie proste jak odkopanie wodki na jakies zaginionej dzialce, do ktorej dochodzi sie w sumie przypadkiem. taa, przypadkiem. z dwoma litrami, czlowieku, ktory nawet nie wie o istnieniu tej strony, ne?
ludzie. ludzie sa specyficzni. ciekawi, a tak schematyczni, ze to az smutne. jeden watek razy miliard, a za kazdym razem to samo. i to sie nie nudzi? jasne, ze nudzi. ale jest takie przeczucie, ze jednak moze cos bedzie inaczej. hmm. chyba zawsze sie czaimy na cos nowego, cos innego. ale nie zawsze sie to zlapie. albo jak juz, to sie okazuje, ze sie to juz mialo. no i dupa. no i o co chodzi w tym szyskim? zeby biegac w kolko w jakiejs szklanej klatce, obijac sie non stop o szyby, chcac wyjsc na zewnatrz? a co jest na zewnatrz? i czy jest jakies zewnatrz? thinkin outside the box... no kurwa, i co to komu da? i tak umrzemy, predzej cz pozniej, nie zostawiajac po sobie nic konkretnego. chyba, ze nasz mozg bedzie nieskonczony. tak, to tez jest wielce prawdopodobna wersja. pisac pisac pisac. bzdury bzdury bzdury.
w sumei juz cale 2 dni nie pisalam w zeszycie do zycia. jakos nie mam weny. chociaz w sumie na pisanie tamtych bzdur to i weny nie trzeba. za to pisze bzdury tutaj ! tak, rownowaga w przyrodzie musi byc, nic nie ginie. nawet bzdury.
mm. wlasnie udaje, ze gram w rotk, ale sie zacielam, bo n moge sie wydostac z tego miasta nieumarlych, bo mi kamienie spierdalaja sie na leb. w sumie to po prostu non stop wychodze i gadam z ludzmi, ale to niewazne. i tak przejde. starzy ogaldaja house'a i nie maja jak sie przywalic, ze co robie. a przechodzenie rotka to rzecz nadrzedna. tak. mamy usprawiedliwionko.
pachnie sernikiem. pomaranczowym sernikiem. zajebista sprawa. <3 ale nie czuje swiat. w sumie to z roku na rok coraz mniej to czuje. bo tak jakos znika to szysko. nie czekam na nic konkretnego, nie mam pomyslu na prezenty. nastaje taki wolny czas i tyle. dobra rzecz w sumie.
ech, sama nie wiem, mam ochote sie zakopac jak najglebiej pod koldra i przespac dzien, dwa, rok, siedem lat. odciac sie, a potem obudzic i od nowa szysko zaczac. a juz 2009 spierdolil. hmm. no i co z tym fantem zrobic? jaki byl ten rok? pozytywny? negatywny? w sumie poprzechodzilam, z czego mialam przejsc, a nawet z nadwyzka, wzielam sie w koncu za bazgrolenie tak powazniej, mam kilka idei nowych na caryatides, sciany nowe, ogolnie pokoj buduje od poczatku. a tak to sama nie wiem na czym stoje. na podlodze, kurwa. i nie wiem, kiedy na niej stoje. i nie wiem wgl jak. i w jakich butach, przy kim, cz moze sama. musze pogadac z xxx. i ogolnie ogarnac. tak. zajebisty plan, ogolnie ogarnac. na pewno sie uda. a tak in fact, to ciekawi mie, cz kiedykolwiek sie komukolwiek udalo. trza sie skupic na sprawach wazniejszych, przestac sie pierdolic z drobiazgami. przestac wspominac, zaczac zastanawiac sie na jutrem. bo nie wiadomo kiedy jutro bedzie dzis.
ech. 21 21. przesladuja mie te godziny. jakos tak siedze sobie cichaczem na kompie w tej chwili. a dziwnie, bo nie lubie z reguly. zawsze cos musi byc. bez muzy jakos tak... niepelnie. sila przyzwyczajenia.
dzieci facebooka, łączcie się. a poza tym to dobry rzul. no i właśnie.
dobra, ide na house'a. czas zaczac sie ogarniac, czas poprosic kogos o motywacje. jakakolwiek. no, i rozkminic kilka ciekawszych osob, mam nadzieje, ze wgl sa rozkminialne. lubie sie uczyc ludzi. bardziej niz czegokolwiek innego. chociaz non stop sie zmieniaja. ale to nie jest wazne. nic nie jest wazne. bo czemu mialoby byc, skoro swiata i tak nie ma?